W Val Cenis spędziliśmy tydzień na początku lutego 2019. Mieszkaliśmy w apartamentach Les Alpages de Val Cenis (po naszemu: Hale Val Cenis). Ośrodek wybraliśmy kluczem: dobra oferta cenowa samolotem (do Turynu i potem transfer autobusem), trasy przyjazne dla dzieci.
Generalnie pobyt uznajemy za bardzo udany, notując zdecydowanie więcej plusów niż minusów.
A teraz detalicznie:
Dojazd: najlepszą cenowo opcją był zakup przez biuro podróży (Wygoda Travel). Dolecieliśmy samolotem, mając w standardzie wykupiony bagaż 32kg/ osobę + narty (WIZZAir). Wcześniej tłukliśmy się w Alpy 2 dni samochodem, ale po tym doświadczeniu raczej zostaniemy przy lataniu. W ramach takiego limitu bagażu można zabrać wszystko co potrzebne. Podróż autokarem z lotniska do celu przedłużyła się o ponad 2 godziny ze względu na duże stężenie spalin i wprowadzone ograniczenie ruch w Tunnel du Fréjus i razem trwała 4,5 godziny. Powrót, bez utrudnień, ok. 2 godziny.
Trasy i infrastruktura narciarska: przewaga tras zielonych i niebieskich, trochę czerwonych, pojedyncze czarne. Część stoków wyposażona w sprzęt do naśnieżania, ale w czasie gdy byliśmy, naturalnego śniegu było pod dostatkiem. Przygotowanie stoków bez zarzutu, a jako, że obłożenie tras nie jest wielkie, nawet w południe trafiały się spore odcinki przyjemnego sztruksu. Wzdłuż większości ośrodka rozciąga się, schodząc w dół łagodnymi trawersami, zielona trasa Escargort (ślimak), spinająca większość wyciągów i pozwalającą na migrację pomiędzy innymi trasami. Nazwa mówi sama za siebie: nachylenie znikome i blisko 10 km trasy, którą ledwie pługujący czterolatek zjedzie „z samej góry”. Jeżeli jesteśmy z niezbyt zaawansowanymi dzieciakami, to idealnie można rozjeździć się przez pierwsze godziny łatwą trasą wzdłuż wyciągu Colomba. Obowiązkowym punktem programu jest platforma ze spektakularnym widokiem na zamarznięte jezioro i Alpy Włoskie. Dotrzemy tam się wyciągami: Arcellis lub Mont Cenis i zjedziemy wedle uznania jedną z łatwych niebieskich tras lub czerwoną Goulet. Spektakularne widokowo, przestrzenne, wcale nie zatłoczone i do wyboru bardzo łatwe lub tylko nieco trudniejsze, są trasy poniżej Le Grang Coin (prawa strona mapy ośrodka). Docieramy tam z końcówki Escargota wyciągiem Turra. Pozostałe trasy, nad którymi nie będę się szerzej rozwodził, też są warte odwiedzenia, może z wyjątkiem tych na dole, w miejscowości Termignon i dwóch idących wzdłuż wyciągu Val Cenis Le Haut.
Gdy chodzi o wyciągi, to ośrodek chwali się ponad 50 letnią tradycją i część wyciągów pamięta chyba jego początki. Nie ma co liczyć na grzane kanapy, wagoniki są dwa, z czego tylko Vieux Moulin ma sens. Budowa krótkiego Val Cenis Le Haut wzdłuż nieciekawego stoku to przerost formy nad treścią. Pod Le Grain Coin wyjeżdżamy dwoma dość wyrypiastymi i długimi orczykami (nachylenie jednego z nich miejscami >60%) – małe dzieci lepiej asekurować. Kanapy na Girarde to jakiś antyk, niskie – nie byłem w stanie zmieścić nóg z nartami i przez całą drogę wisiały w powietrzu. Choć nie jest to infrastruktura powalająca, to umówmy się, że bez grzania tyłka na osłoniętej kanapie daje się spokojnie wjechać te kilka krótkich odcinków. Dla naszej rodziny korzystanie z wyciągów (poza Girarde) nie było uciążliwe. Praktycznie cały ośrodek można przemierzyć stokami, ale gdybyśmy skończyli zbyt daleko / późno lub chcieli wyskoczyć po nartach do miasta – jest darmowy Ski bus (oczywiście rozkład jazdy, wcale nie najbardziej intuicyjny, po francusku).
Jedzenie i infrastruktura gastronomiczna: to zarazem silna i słaba strona ośrodka. Knajp niezbyt wiele, w większości obsługa ostentacyjnie nie komunikująca się w języku angielskim i z satysfakcją wypisaną na twarzy informująca, że menu w jakimkolwiek innym niż francuski języku brak. Ja rozumiem, że Francuzi tak mają, ale w kurorcie narciarskim można by oczekiwać czegoś więcej. W porównaniu z Włochami czy Austrią – gruby minus za ostentacyjną niegościnność. Uważam, że sztandarowej knajpie na stoku (La Fema Le Chalet) nad wyciągiem Vieux Moulin nie wypada mieć karty / menu wyłącznie po francusku i obsługi ledwie tolerującej próby komunikacji w innym niż francuski języku. Są oczywiście chlubne wyjątki: naleśnikarnia La Ramassa w centrum Lanslebourga – sympatyczne właścicielki znają po angielsku raptem kilkanaście słów i liczebniki, ale mają kartę w tym języku i pozytywnie odnoszą się do klientów nie znających ich mowy ojczystej. To w zupełności wystarcza. W knajpce na stoku poniżej wyciągu Grand Coin, karty po angielsku brak, ale młoda obsługa nie ma problemu z komunikacją w tym języku. Naleśnikarnia położona na stoku obok toru Myszki Miki na dole Escargota też wydaje się łaskawie tolerować obcokrajowców, choć z angielskim u Pań z obsługi gorzej niż cieniutko. Minusem są też ceny w knajpach (poza naleśnikarniami) – wyższe niż w innym znanych nam Włoskich/Austriackich kurortach alpejskich.
Żeby narzekanie nie przysłoniło obrazu kulinarnego całokształtu należy stwierdzić, że dla smakoszy serów / wędlin długodojrzewających Val Cenis to przedsionek raju. Warto przemóc się i pokonawszy barierę zapachową wejść do tamtejszych fromażerii: sery i wędliny pierwsza klasa. Wina Sabaudzkie poprawne, ale nie powalające.
Specjalnością regionu są potrawy takie jak: Fondue, Raclette czy zapiekanki Tartiflette lub dla tych, których zapach lokalnego specjału: sera Reblochon pokonuje, jej neutralna zapachowo i nie gorsza odmiana Racliflette (na serze Raclette). Jedliśmy wszystkie: rewelacja. Jako, że ceny, a zwłaszcza obsługa w knajpach raczej odstraszały, znaleźliśmy idealne rozwiązanie: w recepcji naszych apartamentów można było zamówić catering service – za rozsądne pieniądze odbieraliśmy o 19 pokaźne ilościowo porcje składników do Foundee i Raclette, wraz z urządzeniami do ich sporządzania i zajadaliśmy się tymi specjałami w zaciszu swojego apartamentu. Do Polski w każdej wolnej przestrzeni bagażu przywieźliśmy ingrediencje, które pozwolą nam cieszyć się tymi smakami jeszcze przez pewien czas.
Apartamenty Les Alpages de Val Cenis: przytulne, ciepłe, czyste, na stoku (100 metrów piechotą do wyciągu, powrót na nartach pod sam dom). Lokalny standard 4*, ale chyba trochę przesadzone. W recepcji bez problemów komunikują się w językach innych niż francuski. Dobrze wyposażona kuchnia. Widać, że mają dużą rotację, bo nie nadążają na czas z drobnymi naprawami (pęknięty czajnik, latająca klapa od sedesu, zacinająca się spłuczka), przy czym po zgłoszeniu np. przepalonej żarówki, ktoś zaraz się zgłasza i rozwiązuje problem. Mieszkało nam się dobrze, ale porównując ze znanymi nam apartamentami w innych krajach alpejskich dostrzegamy drobne minusy: niezbyt ergonomicznie urządzona sypialnia – brak szafki nocnej, gniazdek ładowania w pobliżu głowy, ciasne przejście do łóżka. W kuchni komplet sprzętów, ale tylko jedno niezbyt dogodnie położone gniazdko do ich zasilania. W szafce na narty są wieszaki na buty, ale nie podgrzewane. Rano but zimny i sztywny. Lokalne „spa” w głównym budynku (brak łącznika z innych budynków), jest całkiem „na sztukę”, żeby tylko mieć te 4*. Małe i bardzo zatłoczone. Basen na zewnątrz mały i z nieco zbyt zimną wodą. Jacuzzi jedno. Nad głową stoi facet i wygania po chwili, żeby inni mieli szansę. Sauna fińska to porażka: brak czegokolwiek do spłukiwania powierzchni – wchodzi się i siada na oślizgłym od cudzego potu siedzisku (obrzydlistwo), zamiast drzwi zasłona z plastikowych pasków, co chwila ktoś przez nią przełazi, paski niedokładnie się układają i temperatura spada. Byłem tam dwa razy: pierwszy i ostatni. Moje dzieci, które normalnie trudno kijem z takich miejsc wygonić, też już tam nie wróciły po pierwszej wizycie. Można by wymienić jeszcze trochę takich drobiazgów, ale nie przesłaniają one faktu, że dobrze tam nam się spało i żyło przez ten tydzień. Ewidentną nagrodą za drobne niedogodności są niezatłoczone i bardzo dobrze przygotowane trasy, całkowity brak kolejek na wyciągach i fantastyczne krajobrazy, a o to (przynajmniej nam) w narciarstwie chodzi.